Nadzieja umiera ostatnia - część pierwsza - dzień, w którym niebo płacze
Witajcie drodzy czytelnicy po tak długim okresie zapomnienia ;)
Równie dobrze możecie teraz wysłać kartkę z podziękowaniami koronawirusowi, bo gdyby nie to przymusowe wolne, nawet nie przypomniałabym sobie o tak oczywistym fakcie, że mam jednak bloga. Pomyślałam sobie, że zgodnie z akcją #zostańwdomu#czytajksiążki ja również pójdę wraz z tym prądem, ujawniając wreszcie tekst, który czekał na mnie prawie dwa lata, aż łaskawie uznałam, że dobrze byłoby pociągnąć go dalej i komuś go pokazać.
Teraz więc oznajmiam wam, że wasza autorka wreszcie poskładała się do kupy i zamierza jakoś to miejsce rozbudować.
Jeśli lubicie również poezję, wystarczy, że klikniecie tutaj i będziecie mogli dzięki temu zapoznać się również z innymi elementami mojej twórczości, na którą składają się także wiersze :) Miło mi będzie, jeśli nasze grono się rozrośnie, cieszy mnie każda nowa osoba w tym miejscu, jak i na mojej stronie na Facebooku. A teraz, nie przedłużając, zapraszam was na obiecaną w pierwszym poście historię, która wreszcie odnalazła swój czas i miejsce, by zaistnieć.
Dobiegała północ, w sąsiednich domach dawno pogasły światła, podczas gdy stopy pewnej postaci jak do tej pory bez przerwy wybijały rytm w grząskim gruncie. Każdy, kto spojrzałby na nią z boku, uznałby, że nie można by jej zaliczyć do szkodliwych. Był to błąd, za którego popełnienie okoliczni i podróżujący tędy ludzie nieraz musieli słono płacić.
Nieznany nikomu przybysz miał na sobie najzwyklejszą, nieco powyginaną brązową marynarkę, daleki od bieli podkoszulek oraz granatowe, podchodzące pod czerń spodnie. Ciemnobrązowe włosy padały cieniem na bladą twarz, częściowo zasłaniając paskudną bliznę, biegnącą od prawej brwi do środka kościstego policzka.
Nikt nie podejrzewałby, że w szarej torbie, którą nosił przewieszoną przez prawe ramię mogły mieścić się rzeczy, których użytkowanie z pewnością nie działało nikomu na korzyść, a przynajmniej poza nim samym. Trzeba było jednak dodać, że mimo łudząco ludzkiego wyglądu, w żadnym innym wymiarze nie zostałby nazwany człowiekiem z krwi i kości. Takich jak on pozostało niewielu, lecz oto tu - w małym i rosyjskim miasteczku, gdzie właściwie nikt nie pilnował porządku jak należy – mógł spokojnie przeprowadzać swoje mniej i bardziej zatrważające eksperymenty, z sobie tylko znanych powodów i celów.
Zapewne w innych okolicznościach nie byłby nawet złą osobą, bez wątpliwości o niebo lepszą, niż większość tamtejszego społeczeństwa. Jednak zarówno wychowanie, które odebrał jak i natura, której nie mógł zaprzeczyć zrobiły swoje i ukształtowały go na wyrachowaną, choć nie do końca pozbawioną litości hybrydę mrocznego elfa z istotą zmiennokształtną. Taki już był i nie zamierzał się w żaden sposób zmieniać, jak na ironię bez przerwy wymagając tego od innych. Gdyby znał to słowo, być może sam by przyznał, że jego hobby stanowiło wystawianie rozmaitych ludzi na próbę, lecz tak nie było. Jednak, jakkolwiek postępował, miał w sobie malutką, minimalną wręcz, ale jednak cząstkę dobra, która nigdy nie pozwalała mu zadać nikomu śmiertelnego ciosu. Zamiast tego, wolał patrzeć jak inni powoli wygrzebują się z bagna, w które ich wpakował, pomagając jedynie w skrajnie niebezpiecznych przypadkach, gdy wszelka nadzieja zawodziła.
Tym razem, dowiedziawszy się o kolejnej, jak dla niego dość interesującej sytuacji w małym miasteczku Trevorete na południu Rosji, postanowił wykorzystać okazję i znowu namieszać na miarę swoich możliwości, już w drodze ciesząc się na kolejne szachrajstwo. Szczęście jednak miało tendencję do tego, że nie trwało wiecznie i również on musiał się z tym liczyć. Skoro przez większą część życia udawał, że jest inaczej, w końcu musiał zetknąć się z bolesną prawdą, której zadaniem było sprowadzenie go na ziemię.
Dostrzegłszy pierwsze formujące się chmury, znacząco przyśpieszył kroku. W żadnej formie, którą mógł przyjąć nie był odporny na deszcz, ani choroby, to była niewątpliwa wadą bycia hybrydą zamiast pełnym gatunkiem. Zaraz więc rozejrzawszy się w terenie i nie dostrzegłszy żadnych gapiów, z lubością rozwinął swoje czarne, dwumetrowe skrzydła, które natychmiast uniosły go wysoko w przestworza. Zdecydowanie miał wiele do zrobienia i wprost nie mógł się doczekać kolejnej obiecującej przygody.
Przybywam, łachudry, ciekawe jak sobie poradzicie tym razem.
Uśmiechnął się szeroko, ukazując szereg śnieżnobiałych, ostrych jak brzytwy zębów.
W końcu nadszedł mój czas, o tak.

Komentarze
Prześlij komentarz