Część druga - Żyć, albo nie żyć, czyli pierwsze koty za płoty wrednej nastolatki i pożal się Boże diabła


   Jasnowłosa dziewczyna o drobnej budowie ciała stała na skraju przepaści, spokojnym wzrokiem wpatrując się w głazy, które w wyniku lawiny utkwiły na zawsze na jej dnie. W sumie to czuła się jak one. Tak samo pusta, nic do niej nie docierało i też nikt nie umiał jej pomóc, wydobyć się z dołu życia, który okazał się zbyt głęboki jak na jej siły i możliwości. Ostatecznie skapitulowała dzisiaj, kiedy siedząc w szkole po raz tysięczny, znowu zaczęli ją wyzywać bez powodu, a nauczyciel jak zawsze nie zareagował na jej cichą prośbę o pomoc, mając to kompletnie gdzieś. To pozostawało bez najmniejszych zmian i można by powiedzieć, że Nadie przyzwyczaiła się do tego traktowania, ale – co było najgorsze – zdążyła zupełnie zobojętnieć i było jej wszystko jedno, czy obudzi się kolejnego dnia, czy też nie, a to już nie należało do stanów emocjonalnych, które pomagają utrzymać się przy życiu. Sęk w tym, że jej już na nim nie zależało i oto właśnie tym sposobem znalazła się tutaj, próbując zamknąć oczy i skoczyć z tak kolosalnej wysokości, wiedząc, że nikt i tak by się tym faktem specjalnie nie przejął.

   W końcu zebrawszy się na odwagę, stanęła przy samej krawędzi, a na zewnątrz wypłynął jej dziwny, spokojny uśmiech, który tak rzadko ludzie umieli zauważyć, a co dopiero wywołać na jej twarzy. W następnej chwili przymknęła oczy, wzięła głęboki oddech i uniosła prawą, a następnie lewą nogę nad przepaść. Włosy fruwały wokół jej twarzy, a ona sama odczuwała olbrzymią ulgę i wręcz euforię, gdy tak spadała, śmiejąc się głośno przez chwilę, czy dwie. Minęła kolejna sekunda, potem jeszcze jedna i nagle poczuła jak długi oślizgły ogon owija jej się wokół kostki, a potem przekłada sobie przez czyjeś ramię. Wciąż wisiała w powietrzu, coś było zdecydowanie nie tak.

   Otworzyła najpierw jedno oko, potem drugie, zaraz potem wydawszy z siebie okrzyk przerażenia. Barczysty mężczyzna o wielkich, czarnych skrzydłach trzymał ją w mocnym uścisku i nie zapowiadało się na to, by miał ją puścić i pozwolić na zrobienie tego, co zamierzała. Spojrzała mu w oczy, natychmiast tego żałując. Zmarszczył brwi, robiąc taką minę, jakby kiedyś mu kogoś zabiła, co nie było przecież w żaden sposób możliwe. Teraz to ona się wkurzyła. Człowiek chce sobie w spokoju popełnić samobójstwo, uwalniając się od rzeszy idiotów i mu nie wolno. Toż to skandal!

  — Ej, ty! Postaw mnie na ziemi, złamasie! — rozkazała ostrym tonem, będąc coraz mniej pewną, czy posłucha kogoś takiego jak ona. Zresztą słusznie, bo oprócz ironicznego uśmiechu, absolutnie nic nie wskazywało na to, żeby chociaż zaczął rozważać takowy zamiar.

   Unosząc się na taką wysokość, musieli wyglądać dość groteskowo. Nie, żeby ją to jakoś specjalnie obchodziło. Nadal była na niego porządnie wściekła. Ku jej zdziwieniu, mężczyzna sprawiał wrażenie przyzwyczajonego do takiego obrotu spraw. Może dla niego normą było łapanie w powietrzu chcących się zabić dziewcząt. Kto wie, czy nawet tego nie lubił w jakiś sposób. Na pewne pytania Nadie wolała nie znać odpowiedzi. Tak było zdecydowanie bezpieczniej, jeżeli cokolwiek w jej kraju mogło zostać takim nazwane.

   Dziewczyna wydała z siebie stłumione westchnienie. W teorii nie obchodziło ją, czy coś jej się stanie, czy nie, ale teraz, kiedy została uwięziona w jego ramionach, poczuła wszechogarniającą złość, po raz drugi próbując ucieczki. Nie, żeby była wystarczająco silna, by tamten poczuł nacisk choćby w najmniejszym stopniu.

Zdecydowanie powinna była zgodzić się zapisać na zajęcia na siłowni, kiedy zaproponowano jej darmowy karnet w zeszłym roku. Właśnie teraz po raz pierwszy pożałowała swojego uporu, lecz jak wiadomo, nic nie szło już z tym zrobić w obecnej chwili.

  — I co teraz będzie? — rzuciła do niego prowokacyjnie, bardziej krzycząc, niż mówiąc. — Puścisz mnie na tą jebaną ziemię i pozwolisz zrobić, co zechcę, czy nie?! Nie mam czasu, cholera jasna!

   Wierzgnęła po raz kolejny, znowu bez skutku.

  — Kobieto, na litość Boską! — nie wytrzymał w końcu. — Właśnie uratowałem ci życie, a ty psujesz całą robotę! Dajcie mi instrukcję obsługi waszego gatunku, bo zaraz nie strzymię...

  — Aha, no świetne, znowu wszystko moja wina. Najpierw mnie ratuje, a potem jeszcze kłapie gębą, że to nie tak, tamto nie pasuje. Spójrz lepiej na swoją zakurzoną mordę, bałwanie!

  — Ej, ej, ej, zatrzymaj się, młoda panno. Nie będziesz się tak odzywać do księcia podziemia, masz tupet.

  — Odezwał się najmniej napuszony pacan na całym świecie, pogratulować braku dobrych manier przy damie.

   Spotkał się już z wielką zuchwałością sporej liczby osób mogących się pochwalić większymi umiejętnościami, niż on posiadał. Problem polegał na tym, że ta smarkula nie dość, że wydała mu się całkiem słabą istotą niewielkim poziomie mocy, najwyraźniej miała gdzieś jego próby ratowania. Do tego wręcz demonstracyjnie okazywała mu swoją pogardę. Nie był w stanie żadną miarą tego pojąć.

  — Słuchaj no, panie popędliwy — zaczęła tym razem trochę spokojniej, gdy zmienili powietrzny kurs na górskie rejony — nikt cię nie prosił o ratowanie mnie, rozumiesz? Miałam inne plany. Ludzie są źli, nienawidzę ich, dalsza walka nie ma sensu. Co TY niby możesz o tym wiedzieć? No powiedz mi.

   Ponownie ją zignorował, jednak tym razem poluźniając trochę uścisk. Być może nie był taki znowu bez serca, choć w tamtej chwili miała na ten temat inne zdanie.

   Minęli wcześniej Trevorete położone w dolinie, obecnie kierując się ku biegnącemu wyżej szlakowi Czarnej Czaszki. Nazwa nie została nadana od niechcenia, o czym Nadiejka dobrze wiedziała, jak każdy Rosjanin z jej szalonego miasteczka. To, że skierował się w tamtą stronę, bez wątpienia nie wróżyło nic dobrego.

  — Teraz masz cykora, co? — zagadnął niezbyt przyjaźnie niosący ją jegomość. — Baby to zawsze się wszystkiego boją, szkoda gadać. Żadnej z wami zabawy...

  — A to niby uważasz za zabawne? Dziwny z ciebie koleś, serio.

   Zrobiła gest sugerujący, że tamten ma najzwyklejsze kuku na muniu, po czym zrezygnowana zamknęła oczy.

   Po co tłumaczyć idiocie, że jest głupi? Nie chce mi się męczyć z tym zakutym łbem.

  — Nadie, bądź cicho choć na chwilę, pozwól mi pomyśleć.

  — Po pierwsze, gadaj mi tu zaraz, skąd znasz moje imię, a po drugie, Ty nie myślisz!

  — Ciszej, jeśli łaska do jasnej ciasnej! — prawie wykrzyczał szeptem zrezygnowany już diabeł.

  — Nie ma mowy, idioto, będę się odzywała, kiedy mam na to ochotę, dopóki mnie nie wypuścisz...

   W tym właśnie momencie cierpliwość mu się skończyła.

  — Dobrze, zrobię, jak zechcesz, wariatko, ale najpierw zamknij oczy. Zawiodłem się na tobie całkowicie, teraz nikt już nie uratuje tego miejsca, a za kilka dni może być za późno.

   W następnej chwili dotknął jej lewej łopatki, potem prawej i chuchnął na skórę pomiędzy nimi. Dziewczyna popatrzyła na niego z widocznym na twarzy obrzydzeniem i właśnie w tym momencie ją puścił.

   Przez kilkanaście dobrych metrów zbliżała się do ziemi z zawrotną prędkością. Oddech jej przyśpieszył, uśmiechała się nawet przez sekundę, czy dwie. Pojedyncze kosmyki jasnych włosów muskały jej twarz, a ona cieszyła się, tak bardzo cieszyła się, że już za chwilę będzie po wszystkim.

   Zacisnęła powieki i wówczas w jednej chwili wszystko przestało wirować, jak szalone. Zatrzymała się w powietrzu, nie wiedząc za bardzo, jak to w ogóle możliwe. Gdy jej tęczówki ponownie ujrzały światło dzienne, zrozumiała, że została oszukana i wściekłość powróciła z dwukrotnie większą siłą. Zaczęła miotać się zawieszona w powietrzu, jednakże nic nie była w stanie zrobić.

  — Kurwa mać, wracaj, dziadzie jeden i mnie odczaruj w tej chwili!

   Tak się złożyło, że zawisła jakiś metr nad ostrym szpikulcem szczytu góry, o który by się cała potrzaskała, gdyby nie ów wkurzający ją jegomość, chcący uratować ją za wszelką cenę.   Mężczyzna zaśmiał się głośno, a dźwięk ten poniósł się po całym złowrogim szlaku. Nie przestawał, aż w końcu dziwnym trafem jego śmiech przeszedł w niezrozumiałe w żadnym języku słowa kilku osób, przekrzykujących siebie jednocześnie.   Nadieżda zadrżała, błyskawicznie wyczuwając złowrogą wibrację, która powoli zaczęła wywoływać lżejsze i mocniejsze wstrząsy we wszystkim, co stanęło jej akurat na drodze. Chwilę później część wzgórza nieopodal szlaku o złym mianie została zrównana z ziemią. Zaskoczona spojrzała na mężczyznę, który teraz pewnym ruchem złapał ją za dłoń, po czym zaczął wypatrywać czegoś w górze.   Dobrą minutę później zza chmur wyfrunął biały kruk, niosąc w dziobie kartkę, zwiniętą w rulonik. Następnie skłonił się lekko w powietrzu mężczyźnie, po czym wrócił tam, skąd przyleciał, znikając w przestworzach.

Mina Nadie była w tej chwili bezcenna, żeby nie powiedzieć, że totalnie ją zatkało. Znała te lasy bardzo dobrze i po pierwsze, nigdy przenigdy nie widziała na swojej drodze białego kruka, a dwa, nawet gdyby dostrzegła jakiegoś gdzieś w oddali, to na pewno nie przypominał jej się żaden z listem, zwiniętym w rulonik w dziobie.

Jeszcze tylko tego brakuje, żeby przyleciał tu inny z listem w butelce, sarknęła, w duchu, odczuwając jednak za wszelką cenę tłumiony strach. Nie mogę pokazać temu padalcowi, że czegokolwiek jestem w stanie się przestraszyć. Not today, Satan.

To właśnie stanie się z twoim miasteczkiem, Rosją i całym pieprzonym światem i o wiele gorsze rzeczy, jeśli mnie nie posłuchasz, cholerna smarkulo. mówiąc to wskazał drugą ręką suchy połać ziemi, który przed chwilą niemal całkowicie zniszczył za pomocą owych głosów. Jego stanowczy ton mówił sam za siebie, zrozumiała, że tym razem nie zamierzał jej pobłażać w żaden sposób. Żarty się skonczyły w tym momencie. — I będzie to sprawka kogoś, kto ma w sobie znacznie mniej dobroci, niż ja, o ile jakąkolwiek posiada.

To da się mieć mniej, niż ty? — sarknęła Nadie pod nosem.

Tym razem nawet nie zareagował, machając tylko ręką na jej słowa.
Nie wydaje mi się, żebyś rozumiała powagę sytuacji, ani chociaż to, kim jesteś w tej wielkiej rozgrywce. Albo raczej kogo każą ci grać. Osobiście ci nie zazdroszczę, ale też niespecjalnie współczuję. Nigdy nie byłem zdolny do tego rodzaju uczuć.
Dziewczyna nie była głupia i nie zamierzała tak po prostu mu odpuścić. Musiała dowiedzieć się, co tu się działo i również jakie były tego przyczyny.

To może w takim razie raczysz mi to wyjaśnić, durniu? Nikt cię o litość nie prosi, wiesz o tym? Not today, Satan.

Akurat tak się składa, że pomyliłaś osoby. Aż tak okrutny to ja nie jestem, a już tym bardziej nie noszę zaszczytnego miana mojego pana i króla. Asbiel, miło mi. — chytry uśmieszek pół demona zafalował na jego ustach, gdy skłonił się jej z galanterią w powietrzu.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Jak sądzicie, jakie mogą być powody, dla których Nadieżdę odwiedził Asbiel i chce ją uratować? Jestem ciekawa waszych teorii spiskowych, miłego dnia, mandarynki :)

Komentarze

Popularne posty